Z życia wyższych sfer

„Tak naprawdę chciałbyś być mną”, mówi w kulminacyjnej scenie filmu „The Riot Club” przedstawiciel tzw. klasy posiadającej do przedstawiciela tzw. klasy pracującej. Czy rzeczywiście każdy z nas marzy o tym, by stać się częścią elity? Jaka jest rola kina we wzbudzaniu w nas takich marzeń?

Kilka tygodni temu w londyńskim „Guardianie” ukazał się tekst pt. „PPE – dyplom, który rządzi Brytanią”. Zaczynał się on tak:

Poniedziałek, 13 kwietnia 2015 roku był typowym dniem w brytyjskiej polityce. Absolwent oksfordzkich studiów z filozofii, polityki i ekonomii (PPE), Ed Miliband, przedstawił wyborczy manifest Partii Pracy. Został on przeanalizowany przez redaktora politycznego BBC, absolwenta PPE na Oksfordzie Nicka Robinsona, przez redaktora ekonomicznego BBC, absolwenta PPE na Oksfordzie Roberta Prestona, a także przez dyrektora Instytutu Studiów Fiskalnych, absolwenta PPE na Oksfordzie Paula Johnsona. Manifest został skrytykowany przez premiera, absolwenta PPE na Oksfordzie Davida Camerona. Bronił go kandydat na kanclerza w laburzystowskim gabinecie cieni, absolwent PPE na Oksfordzie, Ed Balls.

W innym miejscu kraju, na trzy tygodnie przed wyborami, przedstawiciel Liberalnych Demokratów, główny sekretarz ministerstwa skarbu, absolwent PPE na Oksfordzie Danny Alexander, przygotowywał się do odwiedzin w Kingston i Surbiton, niepewnego okręgu londyńskiego, obsadzonego przez liberalno-demokratycznego ministra, absolwenta PPE na Oksfordzie, Eda Daveya. W hrabstwie Kent jeden z dwóch posłów partii Ukip, absolwent PPE na Oksfordzie Mark Reckless, prowadził kampanię w swoim okręgu – Rochester i Strood. Komentarze dotyczące wydarzeń dnia były umieszczane w sieci przez Michaela Cricka, absolwenta PPE na Oksfordzie i korespondenta politycznego Channel 4 News.

Na stronie internetowej programu 4 radia BBC, ekspert dziennika „Financial Times” i absolwent PPE na Oksfordzie Tim Harford zaprezentował swój pierwszy wyborczy podcast. W BBC1, absolwent PPE na Oksfordzie i prezenter programu Newsnight Evan Davies przeprowadził pierwszą serię wywiadów z liderami partyjnymi. W druku ukazały się specjalny raport magazynu „Economist”, zredagowany przez absolwenta PPE na Oksfordzie Zanny’ego Minton-Beddoesa, szereg artykułów na temat wyborów w magazynie politycznym „Prospect”, redagowanym przez absolwenta PPE na Oksfordzie Bronwena Maddoxa, komentarz wyborczy w „Guardianie” napisany przez absolwenta PPE na Oksfordzie Simona Jenkinsa, a także wiele tekstów o wyborach w „The Times” i „The Sun”, których właściciel, Rubert Murdoch, studiował PPE na Oksfordzie.

PPE (Philosophy, Politics and Economics) to istniejący na Uniwersytecie w Oksfordzie od 1920 roku, prestiżowy kierunek studiów licencjackich. Pośród jego absolwentów znalazło się nie tylko kilku premierów brytyjskich (David Cameron, Edward Heath, Harold Wilson), lecz także wielu szefów państw i rządów, ministrów (np. Radka Sikorskiego), parlamentarzystów, liderów opinii czy biznesmenów.

Czy świadczy to, że studia PPE w tak doskonały sposób przygotowują do pełnienia funkcji publicznych, czy raczej o tym, iż trafiają na nie przedstawiciele elit, którym od początku przeznaczone jest bycie „na górze”?

Nie trzeba być ani radykalnym egalitarystą, ani wyznawcą teorii spiskowych, aby dojść do wniosku, że być może stan rzeczy, w którym elity polityczne, biznesowe i dziennikarskie tworzone są w tak wielkim stopniu przez osoby wywodzące się z jednego środowiska, nie jest najzdrowszy dla demokracji. Skoro współczesne społeczeństwo tworzą zróżnicowane grupy, także i elity powinny to zróżnicowanie reprezentować. Także dlatego, by rzącący rozumieli problemy, z którymi boryka się reszta społeczeństwa.

Klasycznym filmem opowiadającym o oderwaniu elit od rzeczywistości są „Reguły gry” Jeana Renoira z 1939 roku. Obraz ten – przez krytyków oceniany jako jeden z najlepszych filmów w dziejach kina – opowiada o beztroskich rozrywkach francuskiej arystokracji w przededniu II wojny światowej. Film stał się swego rodzaju archetypem takich późniejszych produkcji jak „Godsford Park” Roberta Altmana czy serial „Downton Abbey”.

Obraz elit w kinie nie zawsze jest krytyczny, a nawet jeśli towarzyszy mu taka intencja, niezamierzonym efektem bywa ukazanie stylu życia wyższych sfer jako niezwykle atrakcyjnego. Tak stało się w przypadku „Wilka z Wall Street”, który ekscesy głównego bohatera przedstawiał, zdaniem niektórych, w sposób budzący w widzach myśl – „też bym tak chciał”.

W rzeczywistości większość z nas może tylko marzyć o tym, że kiedyś stanie się częścią elity. Pokazuje to świetnie jedna ze scen otwierających film „The Riot Club”. Nowy, naiwny student pyta członka tytułowego klubu o to, w jaki sposób można się do tego stowarzyszenia zapisać. W odpowiedzi słyszy – jeśli zadajesz takie pytanie, to najpewniej nie kwalifikujesz się do członkostwa.

Film „The Riot Club” odwołuje się nie tylko do rzeczywiście istniejącego i już wcześniej wielokrotnie ukazywanego w zwierciadle literatury i kina sekretnego, oksfordzkiego stowarzyszenia Bullingdon (którego członkami byli m.in. David Cameron, Boris Johnson oraz… Radek Sikorski), lecz także do prawdziwych wydarzeń. W 2005 roku doroczna kolacja klubu zakończyła się zdemolowaniem jednego z pubów w hrabstwie Oxfordshire i bójką pomiędzy studentami.

Bullingdon Club to zresztą niejedyne tajne stowarzyszenie w Oksfordzie. W złej sławie dorównuje mu także Towarzystwo Piersa Gavestona, którego patronem jest XIV-wieczny faworyt (i, prawdopodobnie, kochanek) angielskiego króla Edwarda II. Motto tego stowarzyszenia, w którego skład wchodzić może nie więcej niż 12 studentów, brzmi: „Zaprawdę nikt nie pamięta, by jeden mężczyzna cieszył się drugim tak bardzo”. To właśnie podczas inicjacji do tego grona przyszły premier brytyjski David Cameron miał, wedle niepotwierdzonej anegdoty, umieścić penisa w ryju martwej świni.

When Boris met Dave from Home Editing on Vimeo.

Postępująca elitaryzacja dotyka kina w sposób szczególny, nie tylko poprzez to, co widzimy na ekranie, lecz także przez to, kogo na nim widzimy. Okazuje się, że pośród najpopularniejszych współcześnie aktorek i aktorów brytyjskich, nie ma w zasadzie osób wywodzących się z klasy robotniczej. Hugh Laurie, Tom Hiddleston, Benedict Cumberbatch i wielu innych to absolwenci prestiżowych szkół prywatnych (takich jak Eton) i uniwersytetów w Oksfordzie lub w Cambridge. Choć trudno oskarżyć ich o brak talentu, nie sposób nie zauważyć, że możność wykonywania zawodu aktorskiego zawdzięczają swojej wcześniejszej pozycji społecznej i majątkowej, której brak uniemożliwia podejmowanie studiów artystycznych wielu gorzej sytuowanym, lecz zapewne nie mniej utalentowanym osobom.

Choć wydawać się może, że innym problemem jest nabór do elit artystycznych, a innym – do elit rządowych, w istocie do czynienia mamy z jednym i tym samym, z gruntu niedemokratycznym i nieliberalnym mechanizmem. Uznając, że o przynależności (lub nie) do elit decyduje tak naprawdę przypadkowy fakt urodzenia w tej czy innej rodzinie, odrzucamy równocześnie demokratyczną zasadę równości, jak i liberalne prawo równej wolności wszystkich jednostek.

Pozostała część społeczeństwa może godzić się na taki stan rzeczy. Z różnych przyczyn. Niektórzy stwierdzą, że nie interesuje ich udział w sprawowaniu władzy i bardzo dobrze, że jest grupa, która tym się zajmuje. Inni powiedzą, że sam fakt, iż pewne osoby osiągają wysoką pozycje, dowodzi ich wartości, nie ma zatem żadnego problemu.

Wielu będzie wierzyć, że rzeczywiście elity tworzą osoby najlepsze. Jest to związane z mitem merytokracji, który opiera się na tezie, że lepiej wykształceni bądź lepiej sytuowani obywatele będą w doskonalszy, bardziej świadomy sposób kierować sprawami publicznymi. Pobrzemiewa w tym stara, platońska opowieść o władcach-filozofach. Dochodzi do tego inny jeszcze argument – ludzie, którzy idą do polityki nie po to, by się wzbogacić, nie będą podatni na korupcję. Czy jednak przykłady z ostatnich miesięcy – choćby Donalda Trumpa, miliardera, który wprowadzić zamierza ulgi podatkowe dla osób takich jak on sam – nie czyni takiej wiary naiwną?

Elity najprawdopodobniej istnieć będą, w tej czy innej formie, zawsze. Pytanie jednak brzmi: w jaki sposób mechanizm ich wytwarzania uczynić uczciwym i sprawiedliwym? Czy filmowe opowieści mogą służyć jako podpowiedź w tym względzie? Czy oprócz częstej w filmach krytyki ekscesów arystokracji (także finansowej), kino nie ugruntowuje jednak istniejącego status quo?

3 komentarze

  1. Ocena komentarza

    Nawiązując do tematu elit przypomniała mi się wypowiedź reżyser Agnieszki Holland w programie stacji TVN24 „Kropka nad i” odnośnie obecnych elit naszego kraju: „Problem polega na tym, że elity trudno zadekretować. Ludzie, którzy są naprawdę elitami, i nie chodzi tutaj o tych, którzy akurat posiadają władzę polityczną, myślę tutaj o ludziach, którzy reprezentują sobą pewne umiejętności, pewną charyzmę, pewne dokonania. To się nie bierze z niczego. To buduje się życiem, działalnością, talentem”. W pełni świadomie zgadzam się z tymi słowami, nazywając obecnych polityków, osoby rządzące elitami, sferą wyższą jest mocno przesadzonym zabiegiem. Elita = władza? Nie! Elita = charakter, dorobek, działalność, postawa na co dzień.
    Czy istnieje film pokazujący dobre oblicze elit? Przypomniał mi się w tym momencie „Katyń” w reżyserii Andrzeja Wajdy. Oficerowie Wojska Polskiego, jako elita tamtych czasów zostają ukazani jako waleczni i do końca oddani ojczyźnie. Zarówno oni jak i ich żony, rodziny do samego końca się nie poddali, nie zdradzili (porucznik Jerzy jest tutaj jedynym wyjątkiem) i mimo przeciwności losu wierzyli w lepsze jutro, w powrót do wolnego kraju.

  2. Ocena komentarza

    Mechanizm wytwarzania elit nie może być sprawiedliwy z jednego, zasadniczego powodu. Często to członkowie owych elit mają duży, a może wręcz i wyłączny wpływ na to, kto do niej będzie należał – a to umożliwia kierowanie się nie tylko wyznaczonymi kryteriami ale i osobistymi sympatiami. Członkowie elity potrafią się zresztą odnosić z arogancją i wyraźnie negatywnym nastawieniem do tych, którzy chcieliby się z nimi zrównać (widać to w filmie Riot Club). Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę naturalną skłonność wielu ludzi do górowania ponad innymi w ten czy inny sposób. Zresztą nawet samo istnienie elit wyklucza równość wszystkich, co (być może utopijnie) byłoby najbardziej sprawiedliwe. W odpowiedzi na pytanie czy kino ugruntowuje ten stan rzeczy, czy raczej może posłużyć jako broń przeciwko niemu – myślę, że możliwym jest, aby kino stało się pewnego rodzaju „odstraszaczem” od wchodzenia w snobistyczne elity i może zniechęcać do złych zachowań kojarzonych z nimi (ww. arogancja, różnego rodzaju ekscesy, przekonanie o tym że wszystko można załatwić za pomocą pieniędzy itd.) o ile tylko zostanie to odpowiednio mocno napiętnowane. Do takich postaci, przedstawionych w filmie, trudno bowiem czuć sympatię (tak jak np. do Franka Underwooda, który też przecież nie jest święty), gdyż nie pozostawiają sobą nic, do czego tą sympatię można by było żywić.

  3. Ocena komentarza

    Problem Reprodukcji elit towarzyszy światu praktycznie od momentu, w którym zaczęły się one krystalizować. Już antyczni filozofowie Ateńscy zauważyli bowiem, że system taki jak chociażby oligarchia będzie systemem który sam zreprodukuje i wyłoni spośród siebie nowe elity zawsze, gdy będzie to konieczne a pomoże w tym fakt niemalże niemożliwego do spełnienia w inny sposób cenzusu majątku i urodzenia. Tysiące lat później sytuacja pozostaje niemal identyczna. W swojej książce o moralności kapitalizmu – francuski filozof, André Comte-Sponville wspomina: „Najlepszym sposobem aby w dzisiejszych czasach umrzeć bogatym, jest urodzić się bogatym”. Sytuacja ta pokazuje trochę, jak przez lata elity dążyły do utrzymania tego niezwykłego status quo, obwarowywania swojej elitarności na tyle szczelnie, by nie mogła zostać spenetrowana przez osoby niepożądane. Co zaś się tyczy filmów to do dyskusji dodałbym jedynie to, że tzw. kino „ambitne” czy też wysokie zwykło elity w przeważającej większości demonizować. Ale są też filmy wyjątki, które demonizując jedne elity, pokazują ludzkie oblicze innych. Takiemu starciu elity dziennikarskiej z klerem, możemy się przyjrzeć w świetnym – moim skromnym zdaniem filmie „Spotlight”. Innym przykładem i zarazem osobną kategorią jest kino niepoważne – kino akcji i fantastyka. Ciekawe i dość znamienne jest to, że najczęściej obrazy przezwyciężania podziałów, pokonywania różnic i współpracy różnych elit z innymi obserwujemy w kinie rozrywkowym. Należy sobie zadać pytanie w czyim interesie jest i skąd bierze się taki porządek? Czy filmy te mają działać jedynie ku pokrzepieniu serc i dodawać otuchy, (tak jak to miało miejsce w przypadku amerykańskiego komiksu, z którego to gatunek wziął swoje korzenie) czy może przełamanie tematu tabu związanego z elitami na tym gruncie jest zwyczajnie najłatwiejsze?

Dodaj komentarz