Ujawniamy odpowiedzialnych za kryzys!

„Chciwość jest dobra”, mówi w filmie „Wall Street” grany przez Michaela Douglasa błyskotliwy finansista. Choć w zamierzeniu lewicowego reżysera Olivera Stone’a film miał być satyrą (dość mroczną, dodajmy) na patologie kapitalizmu, wiele ludzi przyjęło maksymę Gordona Gekko za dobrą monetę.

Hollywood – w którym przecież pracuje się wyłącznie dla idei, a nie dla milionowych gaży – mówi nam: to właśnie takie, egoistyczne, pozbawione empatii, dążące po trupach do celu (którym jest zysk) jednostki odpowiadają za błędy i wypaczenia systemu kapitalistycznego.

Taką ocenę wyczytać można szczególnie z filmów, które powstały w ostatnich latach jako pokłosie kryzysu finansowego z 2008 roku. Filmów tych było niemało. Wspomnieć wystarczy oscarowy dokument „Inside Job” czy dramat „Margin Call” (po polsku, mniej subtelnie, zatytułowany „Chciwość”). W kolejnych latach kryzysowe tropy odnaleźć można było w tak różnych obrazach jak  „Wilk z Wall Street” Martina Scorsese, „Blue Jasmine” Woody’ego Allena, „Elysium” z Mattem Damonem w roli głównej, a także w nagrodzonym Oscarem za scenariusz „The Big Short”.

Wszystkie wymienione filmy mistyfikują przyczyny kryzysu, nie oferując ani jego trafnej diagnozy, ani właściwych dróg wyjścia. Spróbuję uzasadnić tę mocną tezę.

Wilki ofiarne

Symbolicznym początkiem kryzysu był – w połowie września 2008 roku – upadek Lehman Brothers. Dick Fuld, długoletni CEO tego banku inwestycyjnego, stał się jednym z głównych oskarżonych o wywołanie bańki inwestycyjnej. Do roli obwinianego o całe zło tego świata Fuld nadawał się wyśmienicie. W kontekście niektórych wypowiedzi prezesa Lehman Brothers postać Gordona Gekko staje się całkiem sympatyczna.

To właśnie menedżerowie z Wall Street, wydający setki tysięcy dolarów na prostytutki i narkotyki, obarczani są odpowiedzialnością za doprowadzenie do kryzysu. Napędzani chciwością wymyślali coraz bardziej skomplikowane instrumenty finansowe, odrywając ich wartość od czegokolwiek realnego. Miało to służyć, w ich mniemaniu, niwelowaniu ryzyka. Zaślepieni miliardowymi przychodami, nie spodziewali się, że kiedyś rynek nieruchomości może się załamać, a Realne głośnym rykiem dopomni się swojego.

Taką narracje odnajdujemy też w filmie Woody’ego Allena „Blue Jasmine” z 2013 roku. Głowna bohaterka, grana przez Cate Blanchett, nie potrafi odnaleźć się w zwykłym życiu po tym, jak jej odnoszący wielkie sukcesy finansowe mąż okazuje się mataczem i trafia do więzienia. Znów mówi się nam, że za to, co złe, odpowiada ułomność i moralny upadek jednostek.

Taki sam morał płynie z „Wilka z Wall Street” Martina Scorsese. Choć film ten dotyczy epoki o dekadę poprzedzającej załamanie rynku derywatów, to nieuniknione jest interpretowanie go w kategoriach odpowiedzi na pytanie o przyczyny ostatniego kryzysu. Jordan Belfort jest uzależniony od zarabiania pieniędzy tak samo jak od narkotyków i orgiastycznego seksu. Te osobiste przywary wiodą go do upadku. Warto zwrócić uwagę, że ofiar jego machlojek ani przez moment nie widzimy.

Tym mniej dziwiły protesty córki jednego z zamieszanych w biznes Belforta. Potępiała ona twórców filmu za przedstawienie patologicznego życia yuppies jako czegoś niezwykle zabawnego i atrakcyjnego. Paradoksalnie jednak film Scorsese jest tym samym (pytanie, czy zamierzenie) bliższy prawdzie, niż gdyby był moralitetem ganiącym zepsucie i wskazującym jego negatywne konsekwencje.

Zbrodnia i brak kary

Największym skandalem kryzysu jest bowiem właśnie to, że jednostki wskazywane jako odpowiedzialne za jego zaistnienie nie poniosły żadnych szczególnych konsekwencji. Najbardziej populistycznym przykładem są zarobki, a także tzw. złote spadochrony, czyli odprawy wypłacone CEOs upadłych banków inwestycyjnych. Twórcy „Inside Job” epatują nas sięgającymi setek milionów dolarów kwotami.

wolf-of-wallstreet-quoteJordan Belfort spędził w więzieniu niecałe 2 lata. Od czasu jego opuszczenia kontynuuje karierę oszusta – jest tak zwanym „mówcą motywacyjnym”. Ofiarom swoich finansowych oszustw wciąż winien jest ponad 100 milionów dolarów. Pieniądze miały być odzyskiwane z dochodów Belforta. Okazuje się jednak, że z prawie 2 mln dolarów zarobionych od czasu zwolnienia (m.in. 1,2 mln z tytułu praw autorskich do ekranizacji jego autobiografii), oddał on tylko nieco ponad 240 tys. Sam zainteresowany sprostował te doniesienia. W nagrodę zaproponowano mu udział w reality show.

Co można zrobić wobec takiego rozpasania i bezkarności skorumowanych jednostek?

„Elysium” proponuje rewolucję przeciw nażartym. Film ukazuje postapokaliptyczną, ogarniętą anarchią Ziemię, z której lepsza część ludzkości uciekła na stację kosmiczną. Podczas gdy miliony pozostających na powierzchni planety biedaków umierają z powodu chorób, garstka sytych bogaczy z orbitującej wokół Ziemi stacji dysponuje technologią rekonstruującą ciało, zapewniającą szczęśliwą długowieczność. Bardzo łatwo odczytać ten konflikt jako alegorię protestów Occupy Wall Street przeciw 1% (w rzeczywistości – 0,01%) najbogatszych. Kluczem do przywrócenia sprawiedliwości jest sięgnięcie po zasoby zagarnięte przez pasibrzuchów.

Piętrowa fikcja

Odpowiedzi udzielane przez Hollywood muszą rozczarowywać, choć można by oczekiwać, że specjaliści od konstruowania filmowej fikcji będą potrafili fikcję kapitalizmu skutecznie zdekonstruować. Skoro jednak filmowy nas zawiedli, spróbujmy sami zdiagnozować sytuację.

Nieprawdą jest, że za kryzys odpowiadają jednostki. Nieprawdą jest też to, że metodą likwidacji nierówności jest przejęcie i rozdanie majątku najbogatszych.

Za kryzys odpowiadamy wszyscy – w tej mierze, w jakiej wierzymy w kapitalistyczną opowieść o tym, że chciwość jest dobra, że każde z nas zasługuje na więcej, że nasze warunki życia będą się ciągle poprawiać. Wiara w tę opowieść jest jednocześnie warunkiem podtrzymania rozwoju jak i przyczyną jego załamania w momencie kryzysu. Dlatego też w kapitalizmie do czynienia mamy z sytuacją, w której ofiary są zarazem współsprawcami własnego nieszczęścia.

Oto rzeczywisty problem późnego kapitalizmu: jak uregulować immanentną dla tego systemu żądzę lepszego życia, by nie prowadziła ona do autodestrukcji? Niektórzy skrzywią się w tym miejscu i powiedzą, że każda taka próba oznacza ograniczenie wolności. Podobnie krzywił się przed 2008 rokiem Alan Greenspan, gdy ostrzegano go przed brakiem regulacji rynku derywatów. Dla szefa amerykańskiego banku centralnego – tak jak w Polsce dla Leszka Balcerowicza – punktem wyjścia (i dojścia) była monetarystyczna, neoliberalna ideologia, paraliżująca myślenie w tym właśnie momencie, gdy jest ono najbardziej potrzebne.

Drogą wyjścia z kryzysu jest ucieczka od takiej ideologii, lecz nie w inną ideologię, a ku krytycznej refleksji. Musimy nauczyć się metod identyfikacji ideologii, stanowiącej matrycę heurystyczną – źródło schematów myślowych, które powodują, że nie potrzebujemy myśleć samodzielnie przed podjęciem działania.

Priorytetem jest zatem wykształcenie zdolności rozpoznawania fikcji kapitalizmu właśnie jako fikcji. Jednocześnie zdawać musimy sobie sprawę, że niemożliwe jest przeciwstawienie tej fikcji czegokolwiek realnego. Dostrzegając fałsz roszczeń konstruktów ideologicznych do neutralności i naturalności, nie możemy oczekiwać, iż doprowadzi to do ich prostego zakwestionowania. Nasza egzystencja musi być ustrukturyzowana jakąś fikcją. Jednak dopiero potrafiąc ją rozpoznać, uzyskujemy zdolność myślenia o alternatywie.