Media we współczesnym świecie – fake, czy wciąż news?

Przyjęło się, że media od jakiegoś czasu stanowią tzw. czwartą władzę. Sprawdzają, weryfikują tych, którzy rzeczywiście rządzą i stanowią podstawę demokratycznych państw. Kiedyś media same były przez władze wykorzystywane, głównie jako element propagandowy.

Dziś mogłoby się zdawać, że media z rzeczywistą władzą mają mało wspólnego jako narzędzie sprawdzające. Jak się jednak okazuje, w wielu przypadkach rzeczywistość jest zupełnie inna. W kinie znajdziemy jednak wiele przykładów na to, że media zazwyczaj stają w obronie (a nie przeciw) demokracji – wystarczy wspomnieć chociażby o aferze Watergate, która ze świata realnego została przeniesiona do świata kina za pomocą filmu „Wszyscy ludzie prezydenta”. Obraz ten przedstawia okoliczności ujawnienia nielegalnych działań Richarda Nixona przez dziennikarzy Washington Post i jest doskonałym przykładem na to, że media od zawsze stały – i wciąż stoją, choć niestety coraz częściej mamy dziś do czynienia ze zjawiskiem mediów jako zwierciadła, a nie odbicia rzeczywistości – na straży prawdy i prawidłowości działań.

Tymczasem już w latach 60. ubiegłego wieku i właśnie w systemie, w którym film wykorzystywany był najczęściej jako narzędzie propagandy, Andrzej Wajda stworzył „Człowieka z marmuru”, a więc obraz ukazujący dobre, rzetelne i wytrwałe dziennikarstwo, za pomocą którego ujawniana jest prawda o przodowniku pracy Mateuszu Birkucie. Wajda przez cenzurę musiał wstrzymać się z kręceniem obrazu przez ponad 10 lat, ale stworzył dzieło określane przez wielu jednym z najlepszych w historii polskiej kinematografii. Dzieło mówiące o trudnych czasach lat 50. w PRL-owskiej rzeczywistości z perspektywy działającej w latach 70. młodej dziennikarki realizującej film dyplomowy. Pomimo wielu przeciwności cały czas stara się dotrzeć do prawdy, niewygodnej przecież dla ówczesnych władz. Jest to zresztą doskonały przykład walki mediów z cenzurą, walki tak trudnej w komunistycznej Polsce.

O temacie jeszcze wcześniejszym, bo o latach 50. na amerykańskiej scenie politycznej i medialnej, traktuje film „Good Night, and Good Luck” w reżyserii George’a Clooneya, a więc historia Edwarda R. Murrowa, jednego z najwybitniejszych amerykańskich dziennikarzy, który to wraz ze współpracownikami ze stacji CBS staje na przeciw senatorowi Josephowi McCarthy’emu. Znakomicie nakręcony, czarno-biały film pokazuje pięć lat walki Murrowa z senatorem, z jednej strony demaskując i krytykując jego działalność (to McCarthy przewodził „polowaniu na czarownice”), a z drugiej strony zmagając się z wymaganiami samej stacji, która chciała produkować przede wszystkim programy rozrywkowe, bo to te – a nie dziennikarstwo faktu – przyciągały najwięcej sponsorów i przynosiły największe zyski. Był to wielki problem medialny, ale zdaje się, że jest on wciąż aktualny, bo to rozrywka cały czas „sprzedaje” się najlepiej. Można się też jednak zastanawiać, czy Murrow w swoich własnych działaniach nie posunął się zbyt daleko, bo jednym z najpoważniejszych ataków na McCarthy’ego było zmontowanie jednego z programów w taki sposób, aby przedstawić senatora w jak najgorszym świetle, pokazując tylko i wyłącznie negatywne jego wypowiedzi. Czy do takich „sztuczek” powinien więc uciekać się dziennikarz? Gdzie leży granica między manipulacją a dziennikarstwem faktu?

Film Clooneya – który światło dzienne ujrzał w 2006 roku – idealnie wpisał się w narrację współczesnego świata pod tytułem „gdzie zmierzają media?”, próbując także odpowiedzieć na pytanie, jakie są tak właściwie zadania mediów. Zresztą sam obraz kończy się słynnym wystąpieniem Murrowa z 1958 roku, który sam mówi wtedy o wielkiej odpowiedzialności spoczywającej na wszystkich dziennikarzach telewizyjnych. Ta odpowiedzialność z biegiem lat wcale nie zmalała, bo zadaniem telewizji – ale i innych mediów – zdaje się być pokazywanie obrazu świata w najbardziej obiektywny, dociekliwy sposób.

O bardzo podobnej historii, choć już we współczesnych czasach, opowiada film „Truth” reżysera Jamesa Vanderbilta, gdzie znów mamy do czynienia z dochodzeniem prowadzonym przez dziennikarzy stacji CBS, tyle że tym razem dotyczy ono prezydenta George’a W. Busha ubiegającego się o reelekcję. Chodzi o służbę Busha w Gwardii Narodowej, która mogła wcale nie przebiegać tak, jak zostało to udokumentowane. Początkowo dochodzenie to nabiera realnych kształtów, ale gdy okazuje się, że jeden z kluczowych dowodów może być fabrykacją (co zespół dziennikarzy przeoczył przez swoją nieuwagę, nierzetelność i pośpiech) to znów pojawia się pytanie, w którą stronę idą media. Czy bliżej im do niezależności i roli swoistego watchdoga, czy też bliżej do wielkich tego świata, przez co media tracą swoją wiarygodność. No bo kto dziś jest w stanie w stu procentach stwierdzić, ile jest w newsach prawdy albo jak bardzo są one „fake”?

Tymczasem o doskonałej i rzetelnej robocie dziennikarstwa mówią dwa znakomite filmy traktujące o dziennikarstwie śledczym. „Spotlight” odkrywa tajemnicę (poliszynela, chciałoby się powiedzieć) pedofilii w kościele, podczas gdy „State of Play” szuka sprawców pewnego zabójstwa – oba filmy łączy złożenie swego rodzaju testamentu dla prawdziwego dziennikarstwa oraz osoba Rachel McAdams, która w obu dziełach odgrywa bardzo ważne role. Podobieństwo dotyczy także formy dziennikarstwa, gdyż gdzieś tam nieśmiało przebija się już dziennikarstwo internetowe. W „Spotlight” reżyser stara się przekazać nam, że to już nie jest to samo i że internet jeszcze bardziej wypaczy sławną „czwartą władzę”, natomiast w „State of Play” ta nowa forma nie jest traktowana jako coś złego, lecz jako coś dającego zupełnie nowe możliwości. I wraca tutaj postać Rachel McAdams, która doskonale łączy pracę w oparciu o obie formy i jest bardzo dobrze przygotowana do tej nowej rzeczywistości, stanowiąc także swego rodzaju wzór etyki dziennikarza.

Może jest więc jeszcze jakaś nadzieja dla dziennikarstwa w XXI wieku jako podpory demokracji… Z drugiej strony, czasy się zmieniają i aktualne pozostaje pytanie, jaka jest dziś rola mediów? Czy ich odpowiedzialność za „sprawdzanie” władzy nadal powinna być tak duża w obliczu coraz większych konszachtów mediów z władzą właśnie? Czy siła „czwartej władzy” wciąż jest na tyle duża i na tyle prawdziwa, aby media cały czas nazywać w ten sposób? No i przede wszystkim, czy media stają dziś w obronie czy przeciw demokracji?