Co by było, gdyby zespół Spotlight badał katastrofę smoleńską?

„Spotlight” i „Smoleńsk” to filmy poruszające kontrowersyjne tematy w zupełnie dwóch różnych światach. Osią fabularną obu filmów jest dziennikarskie śledztwo. Różni się jednak podejście głównych bohaterów do etyki dziennikarskiej oraz ich zaangażowanie. 

„Spotlight” przedstawia śledztwo w sprawie pedofilskiego skandalu w Kościele katolickim. Jest to historia oparta na faktach. Bohaterami są dziennikarze z redakcji „Boston Globe”, skupieni w zespole, zwanym Spotlight. Dziennikarze dotarli do licznych ofiar księży-pedofilów, ustalili podejrzanych i tak odkryli przerażającą prawdę o tym, że Kościół konsekwentnie tuszował sprawę molestowania dzieci przez duchownych. Dziennikarze, tak naprawdę, nie próbowali walczyć z pojedynczymi księżmi, którzy dopuścili się tego czynu, ale chcieli unaocznić działanie całego systemu. Historia pojedynczego przypadku księdza gwałcącego chłopców, okazała się wierzchołkiem góry lodowej.

W „Smoleńsku” niestety, istotne dla Polaków wydarzenie, nabiera groteskowego charakteru. Tragedia, której dotyczy fabuła, zamiast łączyć, zaczęła dzielić Polaków.

W polskim filmie, śledztwo postanowiła przeprowadzić dziennikarka stacji telewizyjnej – TVM SAT. Czy ta nazwa z czymś się Wam kojarzy? Widocznie twórcy „Smoleńska” postanowili zasugerować widzom, z jakim typem mediów mamy do czynienia. Jest to ważne, ponieważ dziennikarze pracujący w tej stacji nie sprawiają dobrego wrażenia. Fabuła skupia się na rozmowach głównej bohaterki z kilkoma rodzinami ofiar oraz ekspertami na temat przebiegu katastrofy i związanego z nią spisku. W obrazie przewijają się archiwalne zdjęcia z miejsca katastrofy oraz autentyczne wypowiedzi z tamtego okresu.

Bohaterowie „Spotlight” to ludzie z krwi i kości. Wiemy coś o ich życiu, z czym się zmagają i jakie mają poglądy. Zaglądamy do ich domów. Wychodzimy poza śledztwo. Możemy im kibicować i również angażować się w dziennikarskie dochodzenie. Inaczej jest ze „Smoleńskiem”, gdzie postacie są mało znaczące. Główna bohaterka nie jest ani charyzmatyczna, ani przekonująca.

To, co widoczne jest w „Spotlight”, to ideał dziennikarstwa zaangażowanego społecznie. Reporterzy śledczy poświęcają cały swój wolny czas na rozwikłanie zagadki. Nie dają za wygraną, jednocześnie są świadomi delikatności sprawy. W końcu chodzi o skandal, który wywołał Kościół katolicki. W Bostonie zdecydowana większość mieszkańców jest pokazana jako katolicy. Możemy wyobrazić sobie skandal na taką skalę w Polsce.

Mediom przedstawionym w „Smoleńsku” nikt nie jest w stanie zaufać. Ludzie zamieszani w sprawę katastrofy nie chcą się wypowiadać na ten temat, bo boją się, że ich słowa będą znowu zmanipulowane i przekręcone. „Są żałośni i groźni – potrafisz to pokazać?” – to słowa szefa naszej dziennikarki, które mają być dla niej wskazówką, w jaki sposób ma relacjonować reakcje społeczeństwa po katastrofie.

W warstwie wizualnej „Spotlight” zdecydowanie wygrywa. Co prawda jest to obraz, w którym nie zobaczymy nagłych zwrotów akcji ani efektów specjalnych. Ale myślę, że nie o to w nim chodzi. Czuć w nim powagę i klasę. Niektórzy nazywają go filmem treści.

I faktycznie tak jest. Film wciąga emocjonalnie i jest zrealizowany adekwatnie do tematyki. Dialogi przekazują nam informacje, ale i ukazują wnętrze bohaterów. W filmie Antoniego Krauzego – wypowiedzi bohaterów są krótkie i niewiele przekazują. W „Smoleńsku” zdjęcia archiwalne mogły wzbogacić obraz, ale tylko zaburzyły jego odbiór. Są źle zmontowane. Widz może czuć się zdezorientowany, widząc fragment prawdziwej relacji pomieszanej z fikcją. Niestety nie jest to najlepiej wykonane również od strony dźwiękowej. Twórcy wykorzystali dubbingniektórych postaci!

„Smoleńsk” to film, który nie przyciąga uwagi nawet na moment. Nasycony jest aluzjami i symbolicznymi scenami. Nawet metafora kłamstwa, którą wyjaśnia ojciec dziennikarki, może służyć temu, aby przekonać odbiorców do tezy o zamachu. Problemem w tym filmie jest jednak to, że są to same domniemania, którymi łatwo można zmanipulować odbiorców. Ponadto twórcy nawiązują do naszej trudnej historii i złych relacji z Rosją. Przedstawiają postać Donalda Tuska, który miałby coś knuć z Putinem.

Co by było, gdyby zespół Spotlightzajmował się sprawą Smoleńska? Na pewno mielibyśmy do czynienia z odmiennym podejściem do dziennikarskiego śledztwa. Zobrazowane historie budzą kontrowersje. „Smoleńsk” mógłby zostać zrealizowany według innej koncepcji. Jednak twórcy postawili na powielanie stereotypów i głoszenie niewyjaśnionych też. Moim zdaniem, film nie odegrał znaczącej roli w upamiętnieniu ofiar tragedii.  Za to „Spotlight” to coś więcej niż opowieść o odkryciu pedofilskiej siatki księży. To ludzkie historie i uświadamianie sobie prawdy, często bolesnej. Może praca dziennikarzy wyda Wam się zbyt idealistyczna, ale na pewno jest ona bardziej pasjonująca dla widza niż nuda w „Smoleńsku”.

Dodaj komentarz