Przyszłość – ratuj się kto może!

Jednym z częściej używanych słów w odniesieniu do planowanych zmian w społeczeństwie jest słowo utopia. Wielu przeciwników przemian uważa je za niemożliwe do spełnienia, wręcz „utopijne”. Termin ten pochodzi od łacińskiego tytułu eseju „Utopia” (1516) Tomasza Morusa. Nazwa dzieła Morusa nie jest jednoznaczny, ponieważ mógł zostać utworzony zarówno od greckiego outopos (gr. ou – nie, topos – miejsce, nie-miejsce, miejsce, którego nie ma, nieistniejące), jak i od eutopia, „dobre miejsce”. Jej przeciwieństwami są dystopia i antyutopia. Oba te gatunki ukazują mroczną wizję przyszłości, jednak istnieje między nimi zasadnicza różnica – dystopie są parabolami obecnego świata, osadzonymi w przyszłych czasach.

Obu terminów używa się wprawdzie jako synonimów, ale nie jest to do końca zgodne z ich znaczeniem. W tym tekście skupię się bardziej ogólnie na wizji przyszłości w filmach, gdyż często różnice pomiędzy gatunkami są trudne do wychwycenia.

Przyszłość ludzkości fascynowała różnych twórców już od dziesiątek lat, a epokowymi dziełami, które odcisnęły piętno na gatunku dystopii i antyutopii, były film „Metropolis” Fritza Langa z 1927 roku i książka „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya (według wielu znawców plagiat dwóch powieści Mieczysława Smolarskiego). Sugestywne obrazy łatwiej było uzyskać w późniejszych latach, gdy olbrzymi skok poczyniono w dziedzinie efektów specjalnych. Niestety, po obejrzeniu kilku wydaje się, że losy ludzkości potoczą się zdecydowanie gorzej niżbyśmy tego pragnęli.

Sam Lowry, główny bohater filmu „Brazil”, pracuje dla totalitarnego reżimu. Nie jest on jednak kolejnym trybikiem w maszynie. W swoich snach staje się bohaterem w stylu wagnerowskim i dzięki tym snom postanawia walczyć z wszechobecną władzą. Walka ta pomaga mu odkryć swoje nowe, lepsze „ja”. Kontakty z przeciwnikami systemu pozwalają mu spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na dotychczasowe życie – pracę, współpracowników, społeczeństwo czy nawet rodzinę. Systemowi udaje się jednak pokonać bohatera – choć nadal pozostaje wolny w swojej głowie, staje się on zupełnie nieprzydatny, wegetując w fotelu.

Zresztą nie tylko w „Brazil” ludzie chcący żyć inaczej niż nakazuje im władza są uważani za terrorystów, choć to oni paradoksalnie pozostają naprawdę wolni. W „Człowieku demolce”, klasycznym tytule kina akcji, fabuła toczy się w 2032 roku. Na pierwszy rzut oka wszyscy mieszkańcy społeczeństwa przyszłości wyglądają na szczęśliwych. Ostatnie morderstwo przydarzyło się wiele lat wcześniej, a policja zajmuje się głównie wystawianiem mandatów za przekleństwa. Jednak świat w 2032 roku wcale nie jest taki idealny – zakazane są kontakty fizyczne (w tym uściski dłoni), mięso, czekolada czy sól.  Okazuje się, że panujący układ jest najbardziej na rękę pseudoidealistycznym władzom, które utrzymują obowiązujący stan rzeczy dla własnej korzyści. Przeciwnicy zaś, ścigani przez policję jako terroryści, zmuszeni są zejść do podziemia (dosłownie). Reżyserowi, Marco Brambilli, udało się nawet w pewnym sensie przewidzieć przyszłość: w filmowym 2032 roku byłym prezydentem USA jest Arnold Schwarzenegger, który  w rzeczywistości został gubernatorem Kalifornii. Motyw zejścia pod ziemię pojawia się także w „Pamięci absolutnej”, gdzie pozbawiona tlenu społeczność Marsa zmuszona jest żyć w ukryciu i spiskować przeciw posiadającej monopol na ten pierwiastek władzy. Po raz kolejny (jak w „Brazil”) pojawia się wątek człowieka, który z członka aparatu ucisku zmienia się w lidera ruchu oporu.

Z nowszych pozycji warto wyróżnić serial „Black Mirror”. Tu już nie ma miejsca na odrobinę choćby optymizmu i otuchy. Przyszłość maluje się w czarnych barwach i znów ci, którzy nie przystosowują się do panujących reguł, spychani są na margines. I tam zostają (w przeciwieństwie do bohaterów wcześniej wymienionych tytułów). Wydawać by się mogło, że serial ten jest ostrzeżeniem, jednak niektórzy zdają się go traktować niczym instrukcję obsługi, o czym świadczy pomysł na aplikację do porozumiewania się ze zmarłymi czy testy amerykańskiego lotnictwa z użyciem dronów działających jak rój pszczół.

Inną, często poruszaną tematyką jest wizja kontaktów ludzie-maszyny. Nie grozi nam na szczęście świat rodem z „Łowcy androidów” (gdyż jego akcja toczy się w roku 2019, więc na aż taki postęp ludzkość raczej nie ma szans), jednak wciąż możliwa jest przyszłość z serialu „Westworld”. Czy niezawodne roboty będą w stanie zastąpić zawodnych ludzi? A może człowiek będzie w stanie koegzystować z maszyną? Jak rozróżnić jednych od drugich? I kto może nazwać siebie człowiekiem? W erze rozwoju sztucznej inteligencji lepiej zadawać sobie takie pytania jak najwcześniej. Historia już wielokrotnie udowodniła, że każdy niewolnik (którymi przecież mają być androidy) w końcu się zbuntuje, co zaobserwować można choćby w ekranizacji książki Philipa K. Dicka czy serialu stacji HBO.

Z wymienionych tytułów płynie jednoznaczny morał dla społeczeństwa – będzie już tylko gorzej. A może już jest? Zamachy, coraz większa inwigilacja ze strony państw i zaślepienie nowymi wynalazkami i gadżetami są czymś, do czego wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. Czy to już ten moment, że możemy przestać uważać filmy dystopijne i antyutopijne za fikcyjną wariację na temat przyszłości i traktować je niczym prognozę pogody, która każe nam się przygotować na nadchodzący sztorm?

Dodaj komentarz