Gdzie polityka się kończy, gdzie się zaczyna?

Kamera zaglądająca za kulisy politycznej sceny daje możliwość odpowiedzi na pytanie o motywację: dlaczego ci ludzie to robią? Czy może być to jednocześnie klucz do rozwikłania zagadki samej polityki?

Prolog

Polityk, który idzie na wojnę z mediami, ma prawo napisać na swej wizytówce jedno słowo: idiota – miał powiedzieć kiedyś Henry Kissinger. Jednego z najbarwniejszych amerykańskich szefów dyplomacji można nie lubić, ale po tak wielu latach spędzonych na salonach nie wypada mu w tej kwestii nie wierzyć. Politycy żyją więc w symbiozie z dziennikarzami, co samo w sobie wydaje się już być relacją patologiczną: media kontrolują władzę, ale jednocześnie są narzędziem dotarcia do wyborców. Filmowe przykłady niejednokrotnie pokazują, iż relacja ta służy w największym stopniu politykom, w najmniejszym zaś – samym obywatelom, do których dociera już tylko wizerunek.

Co nas kręci, co nas podnieca?

Różne podejścia teoretyczne różne odnoszą się do kwestii motywacji w polityce: jedni powiedzą, że chodzi o uczynienie świata lepszym. Inni upatrują jej w samej chęci władzy stawianej żartobliwie na równi z pieniędzmi i seksem. Kolektywiści powiedzą o interesie grupowym, indywidualiści zaś – o osobistym. Wydaje się wiec, że nie ma jednego klucza, a odpowiedź na pytanie: „dlaczego w polityce inicjuje się działania?” wymaga całego ich pęku. Obserwując zmieniającą się rzeczywistość ostatnich dziesięcioleci, na miano generała* zasługuje chyba najbardziej wytrych z napisem: „co na to media?”

Najbardziej oczywistą formą politycznych działań w tym obszarze są retoryczne triki, dbałość o niewerbalną komunikację, posługiwanie się emocjami i odwołanie do symboli. Bardziej złożonych działań wymagają materiały wizualne,  zarządzanie treścią w social media czy zwykłe polityczne reklamy. Te ostatnie przyjmują czasami formę minidokumentów, gdzie magia kina łączy się dość niespodziewanie z grą politycznej kampanii.

A co jeśli motywacja związana oczekiwaniami mediów zaczyna górować nad innymi argumentami? W odcinku otwierającym serial Black Mirror, będącym gorzką prognozą niedalekiej przyszłości, brytyjski premier ulega presji mediów odbywając w telewizji na żywo seksualny akt ze świnią (jest to warunek uwolnienia przetrzymywanej przez terrorystów księżniczki). Ten szokujący obraz świata podporządkowanego mediom, które zarządzają emocjami i ludzkimi oczekiwaniami, wydaje się być z nami (niestety) od dawna. Dziś kwestią zupełnie oczywistą jest uprawianie polityki z uwzględnieniem roli prasy. A to już coś znacznie poważniejszego, niż zestaw gestów i sprytnych retorycznych trików.

 

A więc wojna!

Ważną kwestią jest więc pytanie o skalę. Jeżeli politycy wypowiadają przed kamerą wyuczone na pamięć kwestie otrzymane porannym smsem, może to wzbudzać niesmak, choć nie wydaje się szczególnie niebezpieczne. Jak daleko w działaniach politycznych motywowanych reakcją mediów można się jednak posunąć?

W komedii Wag the Dog (dosłownie: „machanie psem”) waszyngtońscy doradcy polityczni decydują się wespół z magikami Hollywood upozorować wojnę z Albanią mającą odwrócić uwagę opinii publicznej od niewygodnych faktów pogrążających prezydenckiego kandydata.

Można by rzec, że jest to nic innego jak podkręcony do granic możliwości przykład budowania narracji: opowiadania historii w imię realizacji określonych celów. Inni, nazwą to bardziej sexy – storytellingiem czy marketingiem treści. Ktoś inny powie zaś o technologii „zarządzania przez kryzys”, nawiązując do słów prezesa w jednym z odcinków popularnego „Ucha…”.

Czy nie jest jednak nurtującym pytaniem: jaki odsetek decyzji politycznych jest podejmowanych w imię własnych, partykularnych interesów i budowania wizerunku? Jaka jest skala ingerencji marketingu w samą politykę? Czy Margaret Thatcher rzeczywiście popłynęła na Falklandy, aby zwiększyć swoje szanse w zbliżających się wyborach?

Z jednej strony perspektywa podejmowania tak kluczowych dla państwa decyzji w imię partykularnych interesów wydaje się przerażająca. Z drugiej zaś, zdajemy sobie sprawę, iż działania takie zdarzają się i to pewnie nierzadko, co skrzętnie podpatruje i odwzorowuje kino. Pozostaje pytanie o natężenie tego procederu. Jeśli bowiem okazałoby się, iż większość decyzji politycznych odbywa się z wykorzystaniem motywacji opartej na pytaniu: „a co na to prasa?”,  to czy nagle marketing polityczny nie staje się polityką w pełni tego słowa znaczeniu a władza celem zasadniczym?

 

Epilog

Ostatnia scena ze wspomnianego odcinka Black Mirror pokazuje, że incydent międzygatunkowy przyniósł premierowi prócz chwili wstydu, głównie wzrost w sondażach. W filmie Fakty i akty prezydent po wojnie w Albanii wygrywa wybory. Podobnie Thatcher po uderzeniu na Falklandy. Chciałoby się krzyknąć: Eureka! To działa!

* Generał – zwyczajowa nazwa klucza używana przez pracowników administracyjnych WNPiD, za pomocą którego można otworzyć wszystkie drzwi w budynku. Tak, istnieje taki klucz…

  1. Ocena komentarza

    „Chciałoby się krzyknąć: Eureka! To działa!”, a jednak mam nadzieję, że politycy i ich sztaby wyborcze nie będą ku temu stwarzać zbyt wielu okazji. Chociaż podziwiałam kunszt duetu aktorskiego De Niro&Hoffman i marketingowo-produkcyjne umiejętności postaci, jakie odegrali w filmie „Fakty i akty”, to tego rodzaju gra polityczna powinna chyba pozostać w sferze fikcji. Scenariusze w rodzaju pierwszego odcinka serialu „Black mirror” naprawdę napawają mnie przerażeniem.
    Romans mediów i polityki, któremu przyglądaliśmy się przy okazji tych zajęć, to toksyczna relacja, która nie ma nic wspólnego z dobrem obywateli, funkcją kontrolną prasy wobec władzy, ani politycznym fair play.

  2. Ocena komentarza

    Asia ma całkowitą rację – z jednej strony te filmy pokazują, że to działa, ale przecież chciałoby się, żeby jednak tak nie było. No bo jeśli to działa to rzeczywiście jest tak, jak zostało to przedstawione w artykule, a mianowicie sam marketing polityczny staje się polityką. Od lat wszyscy jednak wiemy, że polityka i media to dwie dziedziny wręcz przesiąknięte sobą. Z jednej strony symbioza, z drugiej jednak – tak jak pisała o tym Asia – relacja toksyczna, bo niosąca za sobą przede wszystkim fałsz i prztyczek w stronę dobra obywateli. Bo ważniejsze od tego dobra jest utrzymanie stołka, zwiększenie popularności czy wygrana w sondażach. Trudno jest natomiast mówić o tym, jak ten cały proceder zlikwidować albo chociaż ograniczyć – bo przecież doskonale sobie zdajemy sprawę z tego, że politycy i media w tej symbiozie żyją, a mimo to i tak bardzo często dajemy się nabrać na różne historie wymyślone przez – jak to ładnie zostało ujęte – storytellerów. Zdaje się więc, że nie ma tutaj dobrego rozwiązania, a już w ogóle, jeśli to naprawdę działa, bo skuteczność takich działań może tylko cały ten proceder napędzać. Wizją utopijną byłoby chyba stwierdzenie, że najlepsze rozwiązanie to po prostu uczciwa gra obu stron – ale już pierwszy odcinek House of Cards może łatwo nas z tej wizji wyleczyć…

  3. Ocena komentarza

    Napoleon Bonaparte stwierdził, iż „polityka to gra pozorów”. Wierzę w ideowość działalności politycznej, jednak z wiekiem wiara ta jest coraz mniejsza. Istnienie symbiozy określonych frakcji politycznych z poszczególnymi stacjami telewizyjnymi i gazetami to fakt, którego zainteresowani często już nie kryją. Przykład domniemanej umowy p. Petru z redaktorem Sianeckim dotyczącej zadania określonego pytania w trakcie konferencji, choć może był to tylko żart, to nie możemy mieć pewności. Z drugiej strony barykady, potwierdzeniem może być istnienie „Klubu Gazety Polskiej”. Samo zaangażowanie Gazety Wyborczej w marsze KOD pokazuje nam, że media przestały być już dawno obiektywne i niezależne (choć jest jeden taki portal – niezależna.pl, niestety tylko z nazwy). Dziś polityka to wielkie pieniądze, erystyka i sztuczki medialne, a także umiejętne wykorzystywanie social media i nowinek technicznych. Gdzie w tym wszystkim jest idea znana nam m.in. z „Demonów Da Vinci” i renesansowej Florencji?

  4. Ocena komentarza

    Polityka i media zawsze będą ze sobą w pewien sposób powiązane, ponieważ napędzają się wzajemnie. Polityka, było nie było, jest najciekawszym tematem, ponieważ decyzje polityków mają wpływ na nas wszystkich. Dlatego media będą wzajemnie prześcigiwać się w tym kto się dowie najwięcej, kto się wypowie najszerzej i kto poda najlepsze informacje. A ponieważ media to chyba jedyny sposób aby słowa polityków dotarły do ludu (jaki procent widzów wieczornych wiadomości obchodzą wiece i spotkania z politykami?), politycy będą się prześcigać, aby w owych mediach wypaść jak najlepiej. To, że ten mariaż często kończy się przekłamaniami i wprowadzaniem ludzi w błąd… niestety, tego się chyba nie da uniknąć, bo jak wiadomo, pieniądz rządzi światem, a jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi właśnie o to. To chyba najprostsza odpowiedź na to, dlaczego jedne media mówią tak, drugie inaczej, a żadne z nich nie zbliża się nawet do obiektywizmu,

Dodaj komentarz